Dominik nad Dolinką

Pismo Parafii św. Dominika w Warszawie

Ukazuje się od 1994 roku w cyklu 4-5 numerów rocznie.

Ostatni numer ukazał się na początku 2013 r.
Obecnie szukamy chętnych do wznowienia edycji pisma.



Archiwum Dominika nad Dolinką


Wybrane artykuły

O szczęściu i drodze do niego

Rozmowa z o. Michałem Mrozkiem


Dominik nad Dolinką, Rok: 2012 (18), numer 68


Ojciec Michał Mrozek OP urodził się w 1975 roku w Ostrołęce. Do Zakonu wstąpił w roku 1994, święcenia kapłańskie przyjął w 2001. Po święceniach wyjechał do Rzymu na studia doktoranckie, które ukończył na Uniwersytecie św. Tomasza (Angelicum). Od 2004 roku jest wykładowcą teologii moralnej w Kolegium Dominikanów w Krakowie. W klasztorze na Służewie mieszka piąty rok: pełni funkcję subprzeora i pracuje naukowo w Instytucie Tomistycznym.


o. Michał Mrozek OPStudiował ojciec teologię moralną. Skąd u ojca fascynacja dziełami św. Tomasza z Akwinu?

o. Michał Mrozek OP: Zainteresowanie teologią moralną zawdzięczam o. Wojciechowi Giertychowi i jego wykładom w Krakowie, gdy byłem jeszcze dominikańskim studentem. Kiedy wybrałem się do niego z prośbą o radę w sprawie tematu pracy magisterskiej, chodziły mi po głowie dwa tematy. Jeden - to pojecie szczęścia u św. Tomasza, drugi był związany z teologią rodziny i dialogiem małżeńskim. Pamiętam odpowiedź: skoro praca magisterska to kilka lat pracy, to warto wejść w wielką tradycję Kościoła, poszukać jakiegoś intelektualnego mistrza. "Do tematów bardziej duszpasterskich - przekonywał o. Wojciech - zawsze będziesz mógł wrócić, natomiast do wielkiej tradycji wchodzi się przez mozolną pracę". Przekonał mnie i zacząłem z wolna wgryzać się w Tomasza. I tak już zostało...

Czyli zachęta współbrata stało się dla ojca początkiem fascynacji dziełami Akwinaty?

Tak. Trafnie zauważył kiedyś o. Jacek Salij: studiowanie św. Tomasza na początku przypomina próbę gryzienia drewna: suchy język, obcy świat pojęć. Jednak po pewnym czasie ten język zaczyna przemawiać niezrównanym smakiem precyzji, wielkich idei, piękna tajemnic. Ojciec Wojciech przekonał mnie jeszcze do tego, aby czytać Tomasza w oryginale, po łacinie. To było trudne, ale okazało się fascynujące. I szybko to doceniłem. Jako dziecko marzyłem o siedzeniu w starodawnych księgach, więc owo wgryzanie się miało posmak realizowania dziecięcego marzenia o mądrości. Okulary już mam, pozostaje jeszcze zyskać siwe włosy i mój ideał z dzieciństwa będzie osiągnięty! (śmiech).

Co skłoniło ojca do studiów poza granicami kraju?

Za granicę wysłał mnie prowincjał, o. Maciej Zięba. Kazał mi przygotować się na kuchnię włoską, w co do dnia wyjazdu nie wierzyłem, ale jednak stało się. Po święceniach dostałem asygnatę do pięknej bazyliki św. Klemensa w Rzymie.

Obroniona przez ojca praca doktorska nosi tytuł "Cel ostateczny i szczęście: Zasada chrześcijańskiej moralności. Summa teologii św. Tomasza i Veritatis splendor". Jak św. Tomasz określa pojęcie "szczęścia"?

Doskonałe szczęście to dla św. Tomasza bezpośrednie widzenie istoty Boga. Nie mamy do niego dostępu w doczesnym życiu. Jednak całe chrześcijańskie życie jest drogą do tego szczęścia. Jeszcze raz wspomnę o. Wojciecha Giertycha - powtarzał nam uparcie, za o. Pinckaersem, że w pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa pojęcie szczęścia było czymś absolutnie oczywistym. Dla św. Augustyna pytanie o szczęście stanowiło punkt wyjścia i dojścia, a Kazanie na Górze - przykład drogi, którą Jezus proponuje każdemu człowiekowi. Ta droga rozpoczyna się obietnicą szczęścia: błogosławieństwami. W nowożytności, wskutek nominalizmu odmawiającego realności pojęciom ogólnym, to rozumienie szczęścia się pogubiło. Dodałbym, że poza Ockhamem, którego o. Pinckaers wini za zagubienie szczęścia, winny jest też Duns Szkot i jego teologia akcentująca Boski woluntaryzm. Bo gdy Boża wszechmoc zostaje zbyt mocno zaakcentowana, odsuwa się miejsce szczęścia. Uwypuklone zostaje posłuszeństwo Bogu i uległość Jego woli. Wizja Tomasza głębiej chroni powiązanie woli Boga z Jego cudowną mądrością. Tym samym posłuszeństwo zyskuje racjonalną podstawę. To jest wiara szukająca rozumienia, i pokora, która szuka prawdy. Prowadzi to do rozumienia szczęścia jako doświadczania mądrości i miłości Boga, rozpoznawania w Nim wielkiego i mądrego planu. W tym Jego planie chciałbym głęboko i prosto uczestniczyć. Chciałbym jak najwięcej z tego planu rozumieć i jak najpełniej go realizować.

To właśnie oznacza dla ojca szczęście?

Parafrazując psalm: dla mnie szczęściem jest przebywać blisko Boga. Bardzo pragnę, aby tak właśnie było, abym w ten sposób znalazł pełnię szczęścia. Jeśli chodzi o niedoskonałe szczęście tutaj, to ważnym jego źródłem jest dominikańskie powołanie. Cieszę się, że mogę wertować stare księgi w poszukiwaniu mądrości, że mogę dzielić się z ludźmi tym, co znalazłem. Czasem w trakcie kazań, niekiedy na wykładach, często w rozmowach czy nawet podczas spowiedzi.

Na czym polega ojca praca?

Najwięcej czasu zajmuje mi przygotowywanie wykładów, potem pisanie artykułów. Chciałbym - to czeka w kolejce - przetłumaczyć traktat O prawie św. Tomasza. Chyba jestem w bardzo uprzywilejowanej sytuacji, mając możliwość zajmowania się wielką i mądrą tradycją Kościoła. To niesie wiele pokoju i światła. Oczywiście każda praca ma też swój trud. Niemniej jednak takie wczytywanie się w św. Tomasza, św. Augustyna (ostatnio) i próba przełożenia ich myśli na kategorie bardziej współczesne, jest czymś fascynującym. Tej mądrości dziś szczególnie potrzeba, chyba bardziej niż kiedykolwiek. Potrzebujemy powrotu do odwagi myślenia, do stawiania najważniejszych pytań i poszukiwania na nie odpowiedzi - wraz z wielkimi mistrzami i świętymi, którzy poprzedzili nas w drodze do Pana Boga.

Ojciec wiele pracuje nad książkami, ma też obowiązki jako subprzeor. Czy udaje się przy takiej ilości zajęć znaleźć czas na duszpasterską pracę z ludźmi?

Rzeczywiście pracuję na przecięciu wielu linii: z jednej strony nauka, z drugiej pomoc przeorowi i troska o klasztor, wreszcie duszpasterstwo, czyli żywi ludzie, przyjaciele, czy po prostu poszukujący Pana Boga, konkretnej duchowej pomocy. Lubię rozmawiać z ludźmi, słuchać ich, spowiadać. Niestety, potrzeby są tak duże, że w pewnym momencie uświadomiłem sobie: jeśli chcę ocalić czas na naukę, muszę znaleźć jakieś metody ograniczenia duszpasterskiego zaangażowania. Na szczęście moja praca naukowa (teologia moralna) jest po drodze do człowieka: dlatego ograniczenie się do teorii byłoby jakimś rozmijaniem się z tym, po co ona istnieje. Ojciec Paweł Krupa, mój przełożony w IT, niejednokrotnie uwrażliwiał mnie, że nie mogę mieć jednocześnie wszystkiego. Wykłady to przecież też forma duszpasterskiego oddziaływania, tylko na innej długości fali. Wydaje mi się czasem, że nawet w klasztorze praca intelektualna i duszpasterska są zbyt łatwo rozdzielane. To są dwa płuca i obydwa są potrzebne...

Czy poznanie prawdy jest warunkiem szczęścia człowieka?

Życie w nieprawdzie, w iluzjach, namiastkach z pewnością nie służy prawdziwemu szczęściu. Aby szczęście było prawdziwe, musi być oparte na prawdzie, na rzeczywistych dobrach i wartościach. Krótko mówiąc: dom szczęścia winien być postawiony na skale, aby życiowa zawierucha nie była w stanie go wywrócić. Ludzie chyba zbyt często szukają różnych duchowych i emocjonalnych doświadczeń niejako obok rozumu, a nawet wbrew wszelkiej racjonalności, i to jest błąd. Mam poczucie, że totalnie gubimy prostotę życia i szukamy szczęścia na zasadzie Koziołka Matołka, który cały świat obleci, szukając nie wiadomo czego - zamiast skupić się na tym, aby był porządek w podstawowych rodzinnych relacjach, by nie robić bałaganu sobie i tym, których kochamy, by żyć, jak Pan Bóg przykazał. Ważne wydaje mi się zharmonizowanie obu wymiarów: spontanicznego, emocjonalnego poszukiwania szczęścia oraz prawdy o bliskości Boga, którą znajdujemy w Ewangelii. Sam uczę się tego. Może wstyd się przyznać, ale ostatnio przypomniałem sobie taki banał, że dobrze jest dbać o dyscyplinę wstawania od razu, po dzwonku budzika. Małe rzeczy składają się na nasze życie, ale ono samo już nie jest małą sprawą...

Święty Tomasz powiedział, że "różne sposoby życia powstają u ludzi na skutek szukania dobra najwyższego w różnych rzeczach". Ma ojciec własną receptę na szczęście?

Dla mnie receptą jest próba pogodzenia własnego doświadczenia z tym, co poznaję w Ewangelii i tradycji Kościoła. Ujmując to prościej: jeśli ktoś chce się nauczyć grać byle jak na jakimś instrumencie, to wystarczy uczyć się w dowolnym stylu. Ale żeby grać znakomicie, trzeba przestrzegać ścisłych reguł, które potem służą wydobyciu maksimum możliwości z siebie i z instrumentu. W życiu jest podobnie: jeśli ktoś chce żyć jak popadnie, to niech uczy się jak chce. Byleby potem nie narzekał, bo sam staje się winien bylejakości. Natomiast jeśli ktoś chce żyć pięknie, twórczo i mocno, to wówczas trzeba się dokładnie nauczyć reguł mądrości życia. Można je znaleźć bez trudu: Kościół przez dwa tysiące lat wypracował wielką praktyczną mądrość: co się w życiu sprawdza, a co nie. Krótko mówiąc: tak długo szukaj prawdy w swoim doświadczeniu i w nauczaniu Kościoła, aż znajdziesz między nimi pełną harmonię. To może być długa i niekoniecznie prosta droga, ale czy Jezus zaprasza nas na łatwe ścieżki? Przy tym nie wydaje mi się, by była to droga elitarna. Przeciwnie, to droga otwarta dla każdego, kto jest gotów się uczyć od Chrystusa. Kto ma pokorę być uczniem tego Mistrza: w Kościele, na drodze sakramentów, na drodze prostej wiary, roztropnego życia. Taki człowiek niesie w sobie mądrość, która wysubtelnia, sprawia, że Boże tajemnice otwierają się przed nim.
Kiedy będzie rosła w nas ta zgodność, harmonia ze słowem Chrystusa, z rozeznaniem Kościoła, wówczas odkryjemy zupełnie nowe spojrzenie na świat i siebie. O wiele bardziej uważne, bogate, pełne zadziwienia nad Bożymi dziełami - w świecie, który choć zraniony, a czasem i zepsuty, pozostaje przecież miejscem epifanii Jezusa. On, Jezus, jest tuż obok, w nas, w naszych bliskich... To odsłanianie się życia, coraz głębsze - trudne, ale piękne - wydaje mi się szczęściem i jednocześnie drogą do niego.

Z o. Michałem Mrozkiem OP rozmawiała Małgorzata Kopczyńska


[Początek strony]